![]() |
|||||||||
|
|
|||||||||
|
Uroczystość poświęcenia kaplicy w Nowym Sączu
Opowiadała o tym S.M. Eustella od Matki Boskiej Nieustającej Pomocy. "Z Mateczką przyjechały wcześniej od innych sióstr S.Paula i S.Teresa, która zajmowała się wszystkim. Na fundację przyjechało S.Filomena jako przełożona, S.Amata asystentka i S.Wawrzyna ekonomka, S.Czesława, S.Antonina, S.Beniamina, S.Łucja, S.Zdzisława, S.Teodozja, S.Karola, S.Ewelina, S.Tekla, S.Rafaella, S.Brygida, S.Bogusława, S.Joachima, ja, S.Klara, S.Petronela. Bardzo dużo było pracy. Wszystkośmy malowały, farbowały; budki, klęczniki, umywalnie; przyjechała jeszcze do farbowania S.Julia i S.Makryna, żeby wszystko było gotowe na uroczystość. A w dzień Narodzenia Matki Boskiej, 8 września 1897 r. Przyjechał ks. Biskup Ignacy Łobos i księża. Była Msza Święta uroczysta, z asystą. Na sali Ks. Biskup, taki był ciągle zwrócony do Mateczki, jakby do jakiego słoneczka. Trzydzieści przeszło lat - tak powiedział - znam Matkę i prosiłem Pana Boga, żeby mi dał do mojej diecezji Zgromadzenie Mateczki. I dziś mi Pan Bóg dał to szczęście, że mogę przyjąć Matkę i Jej Zgromadzenie. Zaprosiłem na to powitanie swoich największych dostojników, jeden tylko musiał zostać z klerykami. Było razem 18 księży. S.Amata wzięła mnie do usługiwania, choć siostry były z tego niekontente. S.Filomena powiedziała im przedtem: Jak przyjdzie S.Eustella, będzie wam pomagać w kuchni, a tu z tej pomocy nie było nic, bo kazali zostać na górze. Siostry mówiły: Nigdy nie usługiwała do stołu, będzie się na Biskupie uczyć, ala S.Amata mnie nauczyła co mam robić. Zabrakło przy podawaniu trzech muszelek pasztecików, trzeba było na nie długo czekać. Potem S.Rafaela podawała mięso, a ja sos i groszek z marchewką. Wino nalewał ks. Kosman, syn adwokata z Nowego Sącza. A na samym końcu obiadu były olbrzymie truskawki. Mateczka była jaśniejąca, tak jak czasem, gdy mówiła nauki, tak się Jej miłość udzielała innym. W czasie poświęcenia tłumy otaczały klasztor. Warta robotników, którzy pracowali przy budowie, nie puszczała nikogo do wnętrza. Ludzie się użalali: "Gdy się klasztor budował, mówiliście nam, że w czasie poświęcenia cały klasztor będzie można obejść, a teraz nas nie puszczacie". Ale im wytłumaczono, że miejsca nie ma. Poprzez kapelanię aż do cmentarza sięgały tłumy, jakby olbrzymia procesja z chorągwiami. Drzew jeszcze nie było, więc można było wszystko dobrze widzieć. Wśród tłumów bliżej klasztoru chodził jakiś ksiądz w długiej bardzo komży. Spytałam jednej dziewczyny: kto to taki? "A, to ksiądz ruski - odpowiedziała - przyszedł z procesją z całą swoją parafią witać niepokalanki, a ten obok to diak". Opowiedziałam o tym S.Teresie, ale dopiero po wszystkim. "Bójże się Boga! zawołała, - czemuś mi wcześniej nie powiedziała? Byłybyśmy go na salę na obiad zaprosiły!" Ale nie pomyślałam o tym, a teraz już go nie było. Kaplica była piękna. Robiła - słowem Matki Marceliny - wrażenie, "że Pan Jezus w niej jakby na tronie".
|
|||||||||